Mapa strony
 
0,49 zł/min z VAT
Wybierz region
do
Wyjazd od
zł/os.
do
Cena od
 
 
Znajdź swoje
dodaj wspomnienie
Dodaj wspomnienie!
Podziel się swoimi
wrażeniami
z wycieczki
Oceń
 
 
 
 
 
 
Średnia ocena
dobre
Madeira z plecakiem
autor: Andrzej Wróbel
dodane: 2005-06-06
termin-wycieczki:
Obładowani wielkimi plecakami odróżniamy się znowu na lotnisku od reszty współpasażerów. Wychodzimy wspólnie przed dworzec lotniska do czekających tam autobusów. Nie zabiera nas jednak żaden z nich do Funchal. One wiozą gości do hoteli, a my mamy nasze hotele w plecakach. Od czego są jednak autobusy kursowe. Małe jedzonko na przystanku i krętą drogą jedziemy do stolicy wyspy, Funchal. Od pierwszych chwil wspaniałe wrażenia. Jestem szczęśliwy z przyjazdu tutaj widząc przesuwające się za oknem autobusu krajobrazy. Funchal wita drobnym deszczem. Szukamy stacji paliw, mamy tym razem maszynkę benzynową, aby nie było stresu z szukaniem gazowych kartuszy. Pojemnik 0.7 litra starcza nam na cały tydzień. Jest chmurzasto, ale już nie pada. Miasto wznosi się stromymi stokami gór, których szczyty spowite są w chmurach. Widok jakby wyjęty z przewodnika po wyspie. My mamy przewodnik z kopiami map wojskowych i naniesionymi na nich szlakami. Szlaków oznakowanych, tak zresztą jak na Korsyce, nie spotkamy jednak.

Do następnego autobusu jeszcze czas, zwiedzamy miasto, kupujemy owoce. Autobus od pierwszych metrów pnie się niewiarygodnie stromo pod górę. Musimy przeciąć nim całą wyspę z południa na północ. Takich nachyleń drogi nie znam. Ogrody wokół domów pełne zieleni i kwiatów. Standardem są rosnące wszędzie bananowce z wiszącymi kiściami maleńkich bananów. Wypadamy z terenów zabudowanych, gdzie wydaje się, że domy stoją sobie na dachach, i wokół tylko natura. Na pytanie, kto ma pieniądze? żaden z nas nie może dać twierdzącej odpowiedzi. Wiemy więc, że nie mamy z tutejszych pieniędzy ani grosza. Wypadły z kieszeni jednemu z nas w Funchal. Nie warto o tym myśleć! Krajobrazy, natura, są więcej warte niż pieniędze. Wszędzie przy drodze kipi od zieleni. Za przełęczą, od północnej strony otwierają się widoki na wybrzeże. Wielkie bruzdy żlebów i garby wzniesień terenu nikną gdzieś tam przed nami w wodach Atlantyku. Spoglądam w lewo na góry, w które będziemy wchodzić, są imponujące. Mijamy Santanę i za kolejnym zakrętem drogi widzę nasz punkt startowy, boczną drogę odchodzącą w góry. Kierowca ostro hamuje na naszą prośbę o zatrzymanie się tutaj i... jesteśmy wypuszczeni na wolność!

Nasze buty tupią jeszcze kilka kilometrów po asfalcie. Maleńka wioska Ilha kończy drogę jezdną. Czytamy mapę i wchodzimy na ścieżynkę wiodącą wzdłuż poletek i łąk. Szukamy długo kawałka płaskiego terenu. Stromo w dole, poniżej naszej ścieżki płynie strumyk i przy nim teren się trochę prostuje. Schodzimy wąskimi miedzami wśród poletek kapusty, buraków i innych, nieznanych nam warzyw. Reszta stoku jest obsiana trawą. W stok wczepione dwa malutkie domki. Nie znamy ich przeznaczenia do czasu, aż słyszymy z nich porykiwania krów. W każdej chatce może się mieścić tylko jedna. Jeżeli na Majorce i Korsyce problemem było znalezienie wody, tak tutaj natrudniej znaleźć kawałek płaskiego miejsca na namiot. Są tu wszędzie takie stromizny, że hodowane tu krowy nie mogą chodzić po łąkach. Siedzą pojedynczo w malutkich pomieszczeniach na stokach. Ich właściciele noszą im na plecach wielkie pęki traw, króre ścinają specjalnymi maczetami. Jest tu rzadkością spotkać człowieka, który nie miałby przy sobie takiego narzędzia. W nocy pada deszcz.

Poranne humory dostrajamy do przebijającego się przez chmury słońca. Jest sucho. Nasza ścieżynka łączy się z mało uczęszczaną drogą. Według mapy idziemy dobrze. Za kolejnym łukiem otwiera się widok na pokaźną dolinę. Jesteśmy za daleko, gdzieś po drodze odbił nasz szlak w góry. Wracamy tak jeszcze trzy razy zanim dostrzegamy nasz szlak. Jest to bardzo wąski żleb odchodzący od naszej, zdeptanej już mocno drogi, stromo w górę. Wejście do żlebu jest zupełnie zarośnięte krzakami. Wchodzimy niepewnie, ale czujemy, że to nasz szlak. Początkowo żleb. ma wysokość około trzech metrów, u góry cały zarośnięty drzewami i krzewami tworzącymi rodzaj sklepienia. Panuje tu lekki półmrok. Wyżej żleb się wypłyca, wychodząc z niego trafiamy na partię lasu. Tylko z rzadka na razie odsłaniają się widoki w dół. Wychodząc z lasu, w którym bardzo trudno odszukać ścieżkę, odsłania się nam widok na najwyższe pasmo gór Madeiry. Zielone góry, nad nimi obłoki. W drugą strone niebieski Atlantyk poprzykrywany tu i tam chmurami. Natura!! Jest bardzo stromo. Wreszcie ścieżka przerzuca się przez niewybitne siodełko i ukazuje nam się dolina Vale da Lapa, której stokami prowadzi nasz szlak. Oczywiście wszystko w tej dolinie tonie w zieleni.

Stajemy przed niewielkim, zamkniętym domkiem służby leśnej. Jest tu płasko i jest ujęcie wody. Przygotowujemy obfity obiad. Gruntowne mycie naszych spoconych ciał. Kawałek płaskiego teren kończy się przepaścistą skarpą, z jej krawędzi wspaniały widok na mieścinkę Santana i dalej na ocean. Wymarzone miejsce na biwak. Ale po obiedzie nasze plany prowadzą nas dalej. W górnych partiach doliny jeszcze raz szukanie dalszej drogi. Jest rozdroże, dwie wyrażne ścieżki prowadzą w różnych kierunkach. Rozglądając się w terenie wchodzę na grzbiet przełączki i staję uniemiały widokiem na jej drugą stronę. W dole, między drzewami widać potężną dolinę tonącą w zieleni. Ale nasz szlak ma prowadzić w innym kierunku. Dalej szukając znajdujemy naszą lewadę.

Lewada to rodzaj kanału nawadniającego. Jest budowana po poziomicach z tylko lekkim nachyleniem. Początek bierze w górach, skąd zasilana jest w wodę, najczęściej ze spadających po stokach wodospadów. Całymi kilometrami woda kierowana jest lewadą w tereny uprawne. Tam dopiero wypuszcza się ją na niżej leżące poletka. I to ściśle według ustalonego kalendarza. Każdy właściciel pola wie, kiedy otrzyma swoją porcję. Cała wyspa jest pocięta takimi lewadami. Dla turystów są one świetnymi trasami wędrówek. Często zawieszone nad setkami metrów przepaści, przebijające się przez góry tunelami. Zawsze jednak do przejścia, bo wyspiarze muszą je regularnie konserwować. Wymagana jest bezwzględna pewność ruchów i niewrażliwość na przepaście.

I jedną właśnie, Levada do Caldeirao Verde, mamy szczęście teraz wędrować. Podziwiamy roślinność mogącą chyba nosić miano zwrotnikowej. Często mijamy wodospady spadające wśród skał i roślin. Ich początku niesposób dojrzeć w górze. Niektóre nie jesteśmy w stanie ominąć, człapiąc w błocie bierzemy przymusowe prysznice. Przechodzimy dwie odnogi głównej doliny idąc w głąb jednym zboczem i wracając drugim. W miejscach zwrotu spadają te największe wodospady. Grube dywany mchów porastających stromy stok, zwisające na wiele metrów paprocie i spadająca woda są czymś niepowtarzalnym. Przeciwległe zbocza oddalone są od siebie o przysłowiowe wyciągnięcie ręki, ale ich dna leżą pod nami gdzieś tak głęboko, że często strach spojrzeć w dół. Duża ilość drewnianych barierek w miejscach przepaścistych daje, złudne najczęściej, poczucie bezpieczeństwa. Barierki nie są tu raczej remontowane. Z wielu z nich zostały marne resztki. Krzewy rosnące nad lewadą tworzą często rodzaj tunelu. Trudno się pod nimi przecisnąć z wielkim plecakiem. Kończą siś przepaście i zaczyna się ścieżka przy lewadzie. Im dalej idziemy tym robi się ona szersza i doprowadza nas do naszego dzisiejszego celu, Queimadas. Kilka budynków, kilka aut, to oznaki cywilizacji docierającej tu od wybrzeża. Ale jest też mała łączka, strumyk z czystą wodą. Czas na nocleg.

Rano znów bardzo stromy szlak prowadzi nas w kierunku najwyższej góry na wyspie, Pico Ruivo. Wysiłek podejścia przeplata się z czytaniem mapy i szukaniem dalszej drogi. W końcu, gdzieś wysoko, szeroka ścieżka zupełnie się na mapę obraziła. Odchodzi w tym miejscu ponownie w dół. W górę znajdujemy tylko wąski przesmyk w suchawych, kolczastych krzewach. Nie ma innego wyboru. Idziemy chwilę aby stwierdzić, że z przesmyku pozostał tunel na wysokość barana. Przyjmujemy więc pozycję tych zwierzaków i, czołgając się, ciągniemy za sobą plecaki. Nie dajemy za wygraną. Krzewy są naprawdę kłujące! Jesteśmy mokrzy od potu, słońce jeszcze dokłada swoje. Może przechodzą tędy tysiące baranów, ale na pewno przeszło tylko trzech turystów. Na szczęście ten tunel miał poniżej kilometra. Prostujemy się na maleńkiej polanie i nie wierzymy własnym oczom. Z polanki prowadzą w górę, stare co prawda, ale bardzo szerokie kamienne stopnie. Wychodzimy nimi na drogę do schroniska Achada do Teixeira. Po drugiej stronie drogi znajdujemy ścieżkę pokrywającą się z naszym szlakiem na mapie. Dalej strome podejścia. Przy szlaku tryska źródło, robimy odpoczynek i kąpiemy się przy nim. Woda jest tak zimna, że nie sposób wylać jej na głowę na raz więcej jak jeden kubek. Pięknie odświerzeni maszerujemy dalej. Teren się położył, mijamy schronisko i teraz już wyraźnym szlakiem, z przepięknymi widokami, docieramy do schroniska pod Pico Ruivo. Można by się napić piwa, ale my zgubiliśmy pieniądze. Wchodzimy na szczyt Pico Ruivo. Długo oglądamy widoki. Pod nami chmury, tylko z rzadka przebłyskuje błękit Atlantyku. Pod samym szczytem znajdujemy kawałek miejsca na namiot. Widok z namiotu mamy na zachodzące słońce. Woda jest przy schronisku, do którego kilka minut zejścia. Jestem zauroczony tym miejscem. Na szczyt dosłownie kilka kroków. Pod wieczór chmury się zagęściły, tam w dole pewno pada deszcz. Dobrze, że nie należymy do tych, których zabrał z lotniska autobus hotelowy.

Nowy dzień wita piękną pogodą. Idziemy bardzo wysoko nad otaczającymi nas dolinami. Często szlak prowadzi wśród niskich drzew zwieszających się na szlak. Na wysokości Curral das Freiras dochodzą nas z dołu dźwięki dzwonów. Widać bryłę kościoła i wychodzącą z niego procesję. Odległość jest olbrzymia, a mimo to słychać śpiewy kościelne. Dziś Niedziela Wielkanocna. Jeszcze długo ten śpiew towarzyszy naszej wędrówce. Cała ta graniówka Madeiry od Pico Ruivo po przełęcz Encumeada jest wyraźnym szlakiem. Urozmajcenie terenu jest olbrzymie. Odkryte miejsca mieszają się z długimi odcinkami w niskich laskach, z wiszącymi gałęziami tworzącymi nad nami rodzaj tunelu. Typowa wędrówka górską granią. Na całej trasie tylko w jednym miejscu trafiamy na źródło, miejsce jest oznaczone, bo źródło chowa się kilka metrów od szlaku w gęstych krzewach. Ten piękny teren i wspaniałe widoki na południową część wyspy doprowadzają nas do przełęczy Encumeada. Asfalt drogi, auta i dwie restauracje sprowadzają nas do cywilizacji. Siadamy przy stoliku jednej z restauracji, Tomek wymienia pieniądze i jesteśmy znów goście. Piwo, lody, siedzimy i grzejemy się w słońcu. Tu też bierze początek stara droga pielgrzymek z południa na północ wyspy. To nasz dalszy szlak. Okrążamy dolinę z tarasowymi poletkami. Teren łatwy, bo idziemy po poziomicy. Przecinamy las potężnych eukaliptusów. Nie sposób tego nie zauważyć, bo zapach eukaliptusa w lesie jest bardzo intensywny. Za lasem, na stromym stoku, znajdujemy małą płasienkę na namiot. Jedyne spotkane dzisiaj płaskie miejsce. Wsześniej, w lesie eukaliptusowym, spada potok więc mamy wszystko co potrzeba do biwaku. Namiot staje jednak częściowo na ścieżce, może tu nikt nie chodzi? Jesteśmy zawieszeni między wysoko nad nami sterczącymi szczytami i głęboko w dół opadającą doliną.

W nocy przychodzą uderzenia wiatru jakich jeszcze nigdzie nie przeżyłem. Zaczynają się hukiem gdzieś w górze, huk przybiera na sile przez kilkadziesiąt sekund i dopada nas podmuch. Trzymamy pręty namiotu całą siłą, po kilkunastu sekundach uderzenie ustaje, pozostaje tylko huk, który oddala się gdzieś w dolinę. W mojej wyobraźni widzę to jak walec wirującego powietrza toczący się po stoku. Po minucie, dwóch historia się powtarza. Trwa to długo w noc. Ciekawe zjawisko. Rano rozglądam się dokładnie dookoła. Wiszący nad nami szczyt schodzi bezpośrednio gładkim stokiem wprost do Atlantyku. To była gra różnic temperatur, ciśnienia, a my postępujemy jak cepry w takim miejscu rozbijając obóz.

Szlak dzisiejszy jest szeroki, wygodny i sprowadzający w dół. Jest znów co oglądać, ale dochodzimy do wioski Corticeiras zmęczeni odległością. Obserwujemy ,wędrując, jak ludzie tutaj żyją. Mieszkają stromo. Najczęściej jedynym płaskim miejscem jest dach domu albo taras. Mimo, że cała wyspa dla nas kwitnie wszędzie pełno doniczek z kwiatami. Tarasy, schody, każde płaskie miejsce w wioskach zastawione jest doniczkami z kwiatami. Ludze żyją tu skromnie, albo bardzo skromnie. Ale bardzo kolorowo. Chcemy dziś tu nocować, znalezienie kawałka płaskiego miejsca na namiot pochłania nam przynajmniej jeszcze dwie godziny i resztki sił. Znajdujemy na stromym zboczu opuszczony dom. Obok kawałek poziomu, akurat na nasz namiot, no i wisimy tym razem nad wioską. Wieczorem przywlekamy do góry butelkę madeiry i długo jeszcze obserwujemy w dole światła i mieszkańców wioski.

Następnego dnia dochodzimy do Levada do Norte i idziemy nią na zachód. Lewada wije się wśród domostw, przechodzimy przez ich podwórza. Domy po obu stronach lewady z całym tym kramem suszącego się prania, bawiących się dzieci, grządkami warzyw. Nad głowami często baldachim z pędów winogron, niestety jeszcze bez liści. W wodzie lewady kobiety robią pranie. Czasami kanał lewady przykryty jest płytami betonowymi, służy za najlepsze połączenie miedzy sąsiadami. Prawdziwy folklor. Za zabudowaniami zaczynają się pola. Wszystkie na wielkiej stromiźnie. Wszystkie podłączone do lewady śluzami nawadniającymi. Po polach widoczne są pajęczyny kanalików prowadzące wodę w niższe miejsca. Wchodzimy w jeszcze jedno zakole doliny z kwitnącymi sadami owocowymi. W miejscu przewinięcia doliny spada duży wodospad zasilający lewadę. Jest to miejsce, w którym lewada ma swój początek. I stąd płynie w dwóch przeciwnych kierunkach. W Quinta Grande szukamy znów miejsca na namiot. Wdrapuję się na czworakach ponad główną drogą i odkrywam opuszczony dom. A przy nim płaski teren.

Następny dzień leniuchujemy czekając w mieścince na autobus do Funchal. Kamienna micha z lejącą się do niej wodą w centrum miasteczka służy nam za łazienkę. Jedziemy autobusem do Funchal i dalej zachwycamy się widokami na wybrzeże. Mijamy ogromne plantacje bananów. Autobus kluczy po Funchal i zwiedzamy tym sposobem hotele i pensjonaty w części nabrzeżnej Funchal. Wszędzie po prostu kipi od kwiatów!!

Zwiedzanie
Funchal, obiad przy stoliku na wąziutkiej uliczce wybrukowanej okrągłymi kamieniami i ostatni autobus. Ten w kierunku lotniska. To pożegnanie z Madeirą. Rano odlot. Pod lotniskiem, nad samym oceanem rozbijamy namiot. Z tego miejsca widzimy, że pas startowy wychodzi, podparty betonowymi filarami, na ocean. Wiadomo, Madeira, tutaj płaskich miejsc nie ma.
 
Weekend w Lizbonie + Real Parque
Hotel **** BB
Cena: 1798 zł
31.08 - 03.09
Weekend w Lizbonie + Jorge V
Hotel *** BB
Cena: 1713 zł
08.06 - 11.06
forum PORTUGALIA
FORUM [PORTUGALIA]