Mapa strony
 
0,49 zł/min z VAT
Wybierz region
do
Wyjazd od
zł/os.
do
Cena od
 
 
Znajdź swoje
dodaj wspomnienie
Dodaj wspomnienie!
Podziel się swoimi
wrażeniami
z wycieczki
Oceń
 
 
 
 
 
 
Średnia ocena
bardzo słabe
Portugalia 2006
autor: annik
dodane: 2006-05-25
termin-wycieczki: maj 2006
No i zostały tylko fotki, ale jakie piękne...

Tak naprawdę to nie planowaliśmy wyjazdu do Portugalii. Gdzieś tam zawsze marzyłam żeby Portugalię zobaczyć, ale jakoś odkładałam to zawsze na później. Plan na długi majowy weekend 2006 to była Chorwacja, bo blisko, można podjechać własnym autkiem, będzie taniej i takie tam. Niestety prognozy pogody dla Chorwacji na początek maja nieciekawe: ulewy, ulewy i przelotne ulewy, temperatura porównywalna z nasza krajowa… Nie chcemy ryzykować. Wrzucam last minute i szukam czegoś w miarę taniego. No i jest. Bilet do Faro 149 EUR. Termin pasuje no ale… Nie ma ale, popołudniu dzwoni mój facet i mówi że bilety zarezerwowane i lecimy. W sobotę rano jestem w Monachium (bo to stamtąd lecimy), a o 15 wylot. Po 2 godzinach jesteśmy na lotnisku w Faro. Portugalia wita nas słonkiem. Lekki wiaterek, ale ciepło. Chmurki które przez całą drogę z niepokojem obserwowałam z okienka samolotu zniknęły na szczęście (bo my tu przecież lata szukać przyjechaliśmy ). Jest nasza wypożyczalnia autek. Przed nami parę osób w kolejce, ale jak to na południu nikomu się nie spieszy, trzeba się chwilkę przyzwyczaić. Tak naprawdę to lubię ten charakterystyczny dla południowców brak pośpiechu, który sprawia, że od razu wpadam w wakacyjne klimaty.

No i mamy autko. Pani daje nam kartkę z wyliczeniem wad. Sprawdzamy jeszcze czy się wszystko zgadza i w drogę. Chcemy dojechać do Albufeiry bo to jak wyczytaliśmy największy kurort na wybrzeżu Algarve. Niestety wirtualna mapka Europy jaką posiadamy okazuje się mało użyteczna akurat w Portugalii. Portugalia jest wyjątkowo słabo opracowana i zaznaczone są tylko główne miasta (nie ma takiego miasta Albufeira ). Posługujemy się mapką z mojego przewodnika i dopytujemy o drogę pana z wypożyczalni (warto było bo zjazd do Albufeiry jest dosyć osobliwy i można go ominąć). Do Albufeiry, Lagos, Portimao jedzie się wygodną autostradą. Po pół godzinie dojeżdżamy do miasteczka. Szukamy apartamentów Jardim (takie znalazłam w internecie w przyzwoitej cenie) . Chwilkę kluczymy po wąskich uliczkach w centrum, ale stwierdzamy ze bez pomocy sobie nie poradzimy. Dopytujemy o drogę do hotelu na stacji benzynowej. Miły chłopak tłumaczy nam cierpliwie i kilka razy jak dojechać. Kupujemy u niego mapkę Portugalii (bo ta nasza mało użyteczna) i ruszamy dalej. Po śladach trafiamy do „naszego” hotelu. Pan na recepcji mówi że mają komplet ale coś nam znajdzie. Pokój jak nas informuje nie jest najlepszy ale jest święto i na dzisiaj nie znajdzie nam nic lepszego. Za to nie ma problemu żeby zmienić po weekendzie pokój na atrakcyjniejszy. Pokój jest w pawilonie A2, trzeba wspiąć się po schodkach nieco pod górkę. Cały hotel jest malowniczo ulokowany zboczu. Nasz pokój jest na najniższej jak nam się wydaje kondygnacji. Umeblowanie w tradycyjnym stylu jest czysto. Wada pokoju (przed którą nas ostrzegł pan w recepcji jest widok na tył restauracji. Trzeba nieco zadrzeć głowę w górę żeby zobaczyć morze. Jesteśmy zmęczeni i chcemy zasnąć. Rano pokój wygląda nawet lepiej niż wieczorem. Urządzony w prostym stylu, ale całkiem przyjemnie. Mamy za to baaardzo duży taras i jak się okazuje pod nami jeszcze ktoś mieszka tylko że wejście do tamtych pokoi jest z innej strony budynku. Pokój ma aneks kuchenny i sami możemy przygotowywać posiłki. Lubię takie późne śniadania. Na zewnątrz wita nas cudne słoneczko i lato jakiego szukaliśmy. Dzisiaj będziemy po prostu leniuchować na basenie, bo tego mi właśnie potrzeba. Rzeczywiście całkiem sporo ludzi się tam kręci. Dużo Portugalczyków, Irlandczycy, Anglicy (jakieś wyłącznie męskie grupy bardzo wesołe zresztą) i rodziny z Danii.

Wieczorkiem spacer po miasteczku. W wąziutkich uliczkach można się naprawdę zgubić. Na szczęście do głównej promenady prowadzą drogowskazy. Mijamy masę knajpek do których jesteśmy zapraszani. Chłopak zapraszający do restauracji przy kamiennych schodkach mówi że nie spotyka się tu wielu turystów z Polski. Na końcu uliczki jest przejście wykute w skałach a za nim taras widokowy na plażę i całą okolicę. Schodzimy na dół na plażę i pierwszy raz w tym roku spaceruję na boso po piasku. Pod stopami piasek po bokach malownicze skałki, jest cudnie. Następnego dnia nadal leniuchujemy, ale mamy w planie wycieczkę do Lizbony i Sintry. Tak naprawdę to niewiele wiemy o Portugalii. Na bieżąco zgłębiam wiedzę z przewodnika Gazety. W sumie nie jest zły dużo mapek i trochę praktycznych informacji-razem damy sobie radę. Nie ma problemu żeby nasz pokój zwolnić na jedną noc. Tym razem w recepcji jest pani (bardzo miła) i rezerwuje nam na następne dni pokój z pięknym, jak nas zapewnia, widokiem (i to jest prawda). Portugalczycy przynajmniej ci których my spotkaliśmy byli naprawdę mili i szczerzy wobec nas. Nie trzeba było czytać między wierszami o czym do nas mówią, jak to np. bywa w krajach arabskich. We wtorek rano ( rano to jest kolo 10 ) wyruszamy do Lizbony. Do stolicy jedzie się wygodną autostradą (płatną niestety 17 EUR). Po drodze podziwiamy piękne krajobrazy najpierw lekko górzyste, potem równinne. Oglądamy bociany w locie. Cudne są podróże wiosenne. Wiosna ma wszędzie niepowtarzalne kolory. Wszystko tonie w różnych odcieniach zieleni łąk i dających orzeźwiający cień zagajników oraz różnobarwnych kwiatach. Zaraz popołudniu dojeżdżamy do miasta. Wita nas 80 metrowa figura Chrystusa (można na nią wjechać winda i podziwiać panoramę miasta). Przejeżdżamy długi most (jak czytam w przewodniku jeden z 2 łączących miasto z południową częścią kraju).

Nawet koło południa miasto jest zakorkowane. Jedziemy wolniutko za wszystkimi pilnując zjazdu w kierunku Sintry. Oczywiście mijamy go i tylko dzięki wielkim umiejętnościom za kierownicą mojego Misia wracamy znowu na właściwą drogę. W korku będziemy jechać aż do Cacem które jest sypialnią Lizbony. Dalej robi się luźniej i bez problemu dojeżdżamy do Sintry, która jest naszym pierwszym na dzisiaj celem. Najpierw chcemy załatwić nocleg, myślimy o zaznaczonym na mapie kempingu, no ale jak to u nas plan się zmienia szybko. Klucząc po uliczkach (bo znowu źle skręciliśmy) znajdujemy informację o pokojach. Wchodzimy do sklepiku ze starociami żeby tam dopytać. Jakaś kobieta na początku mówi że pokoje są nieaktualne, ale zatrzymuje nas za chwilę i każe poczekać. Rozmawia z kobietami w głębi podwórka i za chwilkę wraca z wiadomością, że zaraz ktoś do nas przyjdzie (chwilka to oczywiście kwadrans  ale już się przyzwyczailiśmy). Oglądam starocie w sklepiku. Odrestaurowane kryształowe lustra, drewniany wózek dla lalek z mosiężna rączką i wszystko pięknie pachnie (chyba cedrem). No jest już nasza Pani i zaprasza nas do domku w głębi wąziutkiej uliczki. Pokój jest na pięterku z samodzielnym wejściem, chyba niedawno odnowiony standardem nie odbiega od pokoi w Gołębiewskim (wcale nie żartuje). Pani nie mówi po angielsku na migi uzgadniamy cenę 35 EUR za dobę. Zostawiamy bagaże i ruszamy na miasto. Auto zostawiamy w centrum i dalej udajemy się pieszo w kierunku pięknego ratusza i parku. Stąd mamy piękny widok na górujący nad miasteczkiem Pałac Królewski w charakterystycznymi kominami. Wspinamy się na pałacowe wzgórze. Całe miasteczko wygląda jak namalowane. Dalej uliczki wiodą w górę do pałaców: Pena, Seteais (XVIII w., obecnie luksusowy hotel) i Monserrate. Ja mam pomysł żeby się wspiąć tam na piechotę ale ostatecznie zostaję od tego odwiedziona i wjeżdżamy na górę samochodem (regularnie na górę wjeżdża autobus).

Oba pałace otacza piękny park w angielskim stylu. Pałac odnajduję bez trudu, prezentuje się trochę jak zamki bawarskie (szczerze mówiąc lepiej prezentuje się na obrazkach niż w rzeczywistości, ale to moja subiektywna opinia). W drodze powrotnej gubię się w wąskich parkowych alejkach, no ale jak się okazuje nie ja sama. Przyłączam się do turysty z Tajlandii który zwiedza ogród z Portugalką. Wspólnie dochodzimy do wyjścia, no i odnajduję nasze autko i mojego faceta w nim czekającego. Dziękuję ze towarzystwo i pomoc moim parkowym towarzyszom i ruszamy w dalszą drogę. Dzisiaj chcemy jeszcze zobaczyć Cabo da Roca. Do Przylądka dojeżdżamy od południowej strony. Droga częściowo nad samym morzem pozwala nam podziwiać piękne widoki. Wreszcie dojeżdżamy na miejsce (tutaj też jak do większości portugalskich atrakcji można dostać się autobusem). No to jesteśmy na zachodnim krańcu Europy. Niesamowity wiatr, taki sam pamiętam w Prasonissi na Rodos no i piękna roślinność – cała łąka kwitnąca różnobarwnymi kwiatami. Pięknie. Jest po 18 i nie dostaniemy już certyfikatu, że tu byliśmy, ale na pamiątkę robię fotkę przy obelisku z informacją gdzie właśnie jestem. W drodze powrotnej jesteśmy głodni , więc zatrzymujemy się w wiejskiej knajpce z widokiem na Cabo da Roca. Jesteśmy jedynymi gośćmi. Wita nas miły chłopak. Chcemy spróbować dorsza po portugalsku, specjalności tutejszej kuchni. Dorsz jest przyrządzony w warzywach i wygląda trochę i smakuje jak nasza ryba po grecku. Porcja jest olbrzymia. Ja zamawiam łososia z grilla z zestawem sałat. Kucharz pyta czy nam smakuje, wszystko smakuje wybornie oczywiście. Pyszne rybki, przepiękny widok i muzyka fado tle. Nie było tanio ale pysznie. Do Sintry wracamy inną, ale równie ciekawą drogą (tym razem mamy okazję obejrzeć okoliczne małe miasteczka). Po tak pełnym wrażeń dniu miło się wykąpać i położyć w świeżutkiej pościeli. Pokój jest rewelacyjny wszystko tu jeszcze pachnie nowością.Rano szybciutkie śniadanie i ruszamy w kierunku Lizbony. Po drodze zatrzymujemy się w Quelez żeby zobaczyć tutejszy pałac z przepięknymi ogrodami (wzorowane na ogrodach Wersalu). Tradycyjnie nie wchodzimy do środka ale to trochę z braku czasu a trochę z tęsknoty za słońcem którego mi zawsze brakuje.

Sympatyczna ciemnoskóra dziewczyna na stacji benzynowej doradza nam żeby nie wjeżdżać autem do Lizbony (już wiemy że są tam nieustające korki) i kieruje nas do stacji kolejowej. Auto zostawiamy na parkingu kolo McDonalda uznając że tu będzie najbezpieczniejsze i ruszamy na dworzec. Pan w kasie udziela nam szczegółowej informacji jak dojechać do centrum Lizbony, żeby się przesiąść koło zoo najlepiej i wysiąść z metra na stacji Restaurados. Daje nam ulotki z rozkładem jazdy i rozpisaną całą trasą, żebyśmy się nie zgubili. Na peronie jesteśmy dosłownie 5 min przed odjazdem pociągu. Z przesiadką nie ma problemu, dalej jedziemy linią błękitna azur. Za to wysiadamy na stacji Baixa czyli o stację za daleko. Nie posłuchaliśmy pana w kasie i teraz się musimy wrócić, bo na Baixa nie możemy przejść przez bramkę z naszym biletem. (W przewodniku Gazety jest fajna mapka z zaznaczonymi liniami metra, autobusów i tramwajów w Lizbonie, bardzo użyteczna). Po wyjściu z metra udajemy się do informacji turystycznej. Tam dostajemy mapkę miasta i instrukcję jak dojechać do zamku Sao Jorge (jeden z atrakcyjniejszych punktów widokowych: autobus nr 37 dowozi pod samą bramę zamku). Zgodnie ze wskazówkami w żółtej budce kupujemy bilety dzienne (obejmują: metro, autobusy, tramwaje i windę- 3,70 EUR). Bez problemu znajdujemy autobus nr 37 (właśnie czeka na przystanku). Wejście do zamku kosztuje 3 EUR (pod bramą słyszę Polaków narzekających że to strasznie drogo  i że to chyba najdroższe bilety na świecie).

Twierdza jest podobna do innych średniowiecznych twierdz (solidne mury, maleńkie okienka), ale widok na miasto jest przepiękny. Z góry można zobaczyć wszystkie place które mijaliśmy po drodze, i stary tramwaj sunący między wąskimi uliczkami, i most przez który wczoraj wjechaliśmy do miasta, i strzegącą miasta figurę Chrystusa. Rzeki - srebrne wstążeczki, Łąki - zielone chusteczki, Domy - klocki drewniane, Pola - kratki malowane,(…) Ludzie - jak mrówki, Krowy - jak boże krówki…

W drodze powrotnej wsiedliśmy do tramwaju 12 ( powinniśmy wsiąść do 28, bo to ten jest dla turystów), no ale i tak się mile jechało przez wąziutkie uliczki w towarzystwie tubylców. Następny punktem na nasze lizbońskiej trasie był stadion Benfica. Do stadionu jedzie się z centrum błękitną linią (azur) do stacji Colegio Militar/Luz i dotarliśmy tam bez problemu. Niestety dotarliśmy za późno i nie mogliśmy wejść na sam stadion, który można oglądać, jak się dowiedzieliśmy, do 17. Obejrzymy następnym razem.
Wróciliśmy do stacji przy zoo i dalej do Quelez, gdzie czekało na nas nasze autko. Lizbona jest niezwykła i taka inna od pozostałych stolic europejskich. Spacer wąziutkimi uliczkami na swój niepowtarzalny urok Przez chwilę można poczuć jakby się cofnęło w czasie i chłonąć zapach dawnych czasów. Nawet fakt że wiele kamieniczek nie jest odrestaurowanych przydaje jej uroku i naturalności. To jedno z tych miejsc do których się chce wracać koniecznie. Koło 19 wyruszyliśmy w drogę powrotną. Jeszcze raz przejechaliśmy przez most, ostatnie spojrzenie na miasto, figurę Chrystusa i już tylko do domku. W Albufeirze w naszym Jardim czekał na nas nowy pokój z obiecanym pięknym widokiem na miasto i morze. Następny dzień przeznaczyliśmy na odpoczynek po podróży i wylegiwanie na basenie. Słonko nie było takie intensywne jak w pierwszych dniach ale i tak miło było po prostu pozalegać. Wieczorkiem spacerek po starym mieście i po plaży. W piątek postanowiliśmy zwiedzić nasze wybrzeże Algarve. Postanowiłam znaleźć plażę, która była na okładce mojego przewodnika (jeśli ktoś ma przewodnik z Gazety to można sprawdzić o jaką okładkę mi chodzi). W opisie fotki była informacja, że to plaża na Algarve. Zgłębiając dalej zawartość przewodnika stwierdziłam, że najbardziej pasuje charakterystyka Praia da Rocha koło Portimao i tam się udaliśmy. Do Portimao dotarliśmy bez problemu, przy czym nie jechaliśmy główną autostradą tylko mniejszymi uliczkami delektując się urokiem mijanych miasteczek. Do plaży trafiliśmy z pomocą pana ze stacji benzynowej (nie mówił po angielsku, ale jakoś się dogadaliśmy) no i dalej metodą prób i błędów.

Plaża jest przepiękna, z całym przekonaniem jest to jedno z najpiękniejszych miejsc jakie w swoim życiu widziałam. Domyślam się, że w sezonie są tam tłumy turystów, ale teraz było spokojnie. Chwilkę podziwialiśmy niezwykłe formacje skalne z plaży, a potem wspięliśmy się na górę. Wszystko wyglądało jeszcze piękniej niż na okładce mojego przewodnika. Tamta fotka musiała być zrobiona w okresie letnim albo jesiennym kiedy roślinność jest już wypalona słońcem. My zobaczyliśmy Praia da Rocha w soczystej wiosennej zieleni poprzetykanej kwitnącymi kwiatami. W połączeniu z lazurem wody oblewającej różowo-rdzawe skałki widok zaiste niepowtarzalny. Można narzekać na olbrzymie hotele w pobliżu, które , no powiedzmy sobie nie do końca komponują się w krajobraz, ale lepiej skoncentrować się na tym co piękne i się tym delektować. To jedno z takich miejsc, w których chciałoby się zostać jak najdłużej. Przy następnej wizycie w Portugalii będę chciała właśnie tam zamieszkać. Piątek był niestety przedostatnim dniem naszego pobytu w Portugalii. W sobotę rano musieliśmy się spakować i wyruszyć na lotnisko. Z małą przygodą (tutaj podziękowania dla Pana z linii lotniczych , który nas wybawiał z opresji), udało nam się dotrzeć do Monachium. To była moja pierwsza wizyta w Portugalii, ale wierzę, że nie ostatnia. Jest jeszcze mnóstwo miejsc, które chcę zobaczyć i takich które muszę zobaczyć jeszcze raz.
 
Baia Azul
Hotel *** BB
Cena: 0 zł
09.05 - 16.05
Weekend w Lizbonie + Jorge V
Hotel *** BB
Cena: 1600 zł
16.03 - 19.03
forum PORTUGALIA
FORUM [PORTUGALIA]